Epidemia wcisnęła wielu mieszkańców bloków w ciasne ściany własnego M i obudziła głęboko skrywane marzenia o własnym kawałku ziemi. Rodzinne ogrody działkowe rozeszły się jak świeże bułeczki, ale my od razu wiedzieliśmy, że to nie dla nas. Za małe, za bardzo w mieście, za blisko ludzi… wszystko za bardzo na nie.
Któregoś dnia zamknięcia w epidemii, podążając za swoimi marzeniami, zaczęłam – zupełnie niezobowiązująco – przeglądać olx w poszukiwaniu działki. Rolnej, leśnej, ewentualnie budowlanej… takiej, na której może można by w odległej przyszłości postawić dom. Tak za 15 lat, nie wcześniej, bo dzieci, bo szkoła, bo pieniądze…
Zaczęłam tak niezobowiązująco szukać swojego kawałka ziemi
Takiego idealnego. Takiego dla nas. Takiego, w którym moglibyśmy się zestarzeć. Oczywiste więc, że musiał być perfekcyjny: ok. 50-70 km od Wrocławia – nie za blisko deweloperów i nie za daleko, by wyjazd tam nie oznaczał kilkugodzinnej wyprawy. Koniecznie na wsi, najlepiej takiej malutkiej, zapomnianej przez świat. Koniecznie blisko lasu, a najlepiej to w bezpośrednim jego sąsiedztwie i koniecznie w okolicy rzeki. Tak by Adam miał gdzie chodzić na ryby, gdy ja będę przekopywać rabatki. Koniecznie dość duży, by sporą jego część poświęcić na łąkę zasypaną makami, chabrami, onętkami, dzwonkami, jasturnem i kąkolem… Wiecie, takie moje miejsce…
„…Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą zieloną…”

Żeby nie skazać się na porażkę oczywiście założyłam pewną dozę elastyczności. Działka mogła być trochę mniejsza, albo nieco dalej od rzeki. I nawet coś znalazłam. Wciąż niezobowiązująco dodałam do ulubionych 3 działki i raz na kilka dni wchodziłam sobie na olx, powzdychać do marzeń. Bo przecież z Adamem jeszcze nie przegadałam czy my chcemy kupić w ogóle działkę.
Wszystko przez algorytm olx
Na liście ogłoszeń polecanych zaczęły pojawiać się różne propozycje, m.in. piękne stare domy na Podlasiu i Lubelszczyźnie. Kocham stare domy i w co drugim zakochiwałam się od pierwszego wejrzenia, ale dystans z Wrocławia sprowadzał mnie na ziemię. Kawałek nieba na Ziemi na Podlasiu – to byłoby coś. Kto tam nie był, ten musi pojechać! Sielskie klimaty, cisza, zapach powietrza, smak pomidorów, nawet wielkie modliszki – wszystko tam jest niepowtarzalne. Ale dla mnie – za daleko. Nie wyskoczę 500 km od domu na weekend.
Któregoś kwietniowego poranka scrollując olx wpadłam na nowe ogłoszenie: dom, w województwie dolnośląskim, tylko 60 km od Wrocławia. Stary, piękny, z czerwonej, poniemieckiej cegły, z biało-zielonym gankiem, a obok niego obora i stodoła. Miłość od pierwszego wejrzenia, ale tym razem w zasięgu ręki! Dodałam ogłoszenie do ulubionych i usunęłam wszystkie zapisane wcześniej. Tylko po to, by spoglądać na niego i wzdychać… tak niezobowiązująco.

Powzdychamy razem?
Adam dopytywał co tak wzdycham do tego telefonu, więc podrzuciłam mu linka. Oczywiście zaznaczyłam, że tak bez zobowiązań, bo przecież pieniędzy tyle nie mamy, wyprowadzać się nie chcemy, a i w ogóle to nie rozmawialiśmy o zakupie działki, a co dopiero domu. „Ładny, gdzie to?” – i tak zaczęliśmy wzdychać oboje, nie mówiąc o tym nawet sobie nawzajem. Bo przecież to bez sensu – stary dom, daleko, do generalnego remontu…
Przez kolejne dni często zerkałam na to ogłoszenie, nie przyznając się mężowi, bo przecież to bez sensu. Ale Adam przyznał się, że też nie może przestać o nim myśleć. Połączyliśmy więc siły i próbowaliśmy razem racjonalnie podejść do tematu i jakoś się odkochać. Nie udawało się, no bo jak? Urocze gospodarstwo, a obok niego prawie hektar pola, na którym oczami wyobraźni widziałam już łąkę pełną polnych kwiatów. 500 metrów z jednej strony Odra, 2 kilometry z drugiej – Barycz, do tego łąki i lasy.

Poszukajmy wad!
Musi być sposób, by jakoś sobie wytłumaczyć, że to bez sensu. Po pierwsze: nie 60 a 85 km od domu. Olx podaje odległość w linii prostej, drogami robi się dalej. Do tego na pewno nie ma tam kanalizacji! No bo skąd, skoro to dom na uboczu malutkiej wioski. Przecież nie będę czerpała wody ze studni! Uff, jest punkt zaczepienia, żeby móc się odkochać. Bo miłość, miłością, ale kanalizacja musi być.
Niestety… według map Google dojedziemy tam w godzinę – odległość to nie problem. A kanalizacja… wystarczył SMS do właścicieli by się dowiedzieć, że jest – i to od 15 lat.
I jak ja teraz mam się odkochać w moim najcudowniejszym kawałku nieba na ziemi?
Przyszła majówka i tak przypadkiem – serio, zupełnie niezobowiązująco – pochwaliłam się swoją nową miłością rodzicom. Pomyślałam, że mama wybije mi z głowy takie inwestycje, a tata powie, że nam odbiło. I tu totalne zaskoczenie. Mama mówi, że nieruchomość wygląda fajnie, a w ogóle ona bardzo lubi stare domy. I żebyśmy policzyli ile mamy pieniędzy, oni sprawdzą swoje konta i pomyślimy co z tym począć. Tato był zawsze przeciwny inwestowaniu i remontom, ale oglądając w przededniu przejścia na emeryturę zdjęcia tego miejsca i widząc oczyma wyobraźni baryckie łowiska, poradził, byśmy dalej drążyli temat. Tak niezobowiązująco, bez euforii, bo wiecie, może się okazać, że to rudera, katastrofa budowlana, albo obok jest śmierdząca ferma drobiu czy hałasujący tartak.
Telefon do właścicielki i 3 dni później oglądaliśmy nieruchomość
Dom – śliczny jak na zdjęciach. Z pięknym piecem kaflowym w kuchni,

przepięknymi drzwiami do jednego pokoju (a ja mam bzika na punkcie starych drzwi)

i klimatycznym strychem, zabałaganionym jak kiedyś u mojej babci.

Obok domu – stodoła z garażem i piękną, chłodną piwniczką, z uroczymi łukowymi sklepieniami. Wszystko z cegły.



Obora? Zupełnie nie dostrzegałam tam całego bałaganu po kurach i świniach. Widziałam w niej już swoją wymarzoną pracownię.


Gdy tak wzdychałam i zachwycałam się starymi, spróchniałymi drzwiami, krzywymi ścianami i zagraconym strychem, Pani Małgosia – dotychczasowa właścicielka – stwierdziła z uśmiechem, że ja jestem chyba jakaś stuknięta.
Tak, jestem stuknięta
Kocham starą popękaną farbę, stare drewno, dotkniętą zębem czasu cegłę. W tej okolicy jest sporo ruin z czerwonej cegły, niegdyś pięknych gospodarstw. Wszystko niszczeje. Wieś sukcesywnie się wyludnia. A ja nie rozumiem jak można nie kochać takich miejsc i pozwolić by niszczały. Od lat spotykam się z tym wszędzie. W drodze przez Polskę, na urlopie w Chorwacji, na wycieczce we Włoszech – miejsca skrywające niezwykłe historie coraz częściej niszczeją. A ja chciałabym je poznać. Gdybym tylko miała fundusze, kupiłabym je wszystkie i zwróciła im ich urok. Bez zdrapywania farby i kurzu z cegieł, bez piaskowania dachówek, bo ten kurz na ścianach i mech na dachu kryje w sobie historie całych pokoleń.

Wracając na dolnośląską ziemię: zakochałam się bez reszty
Dom z ogłoszenia okazał się być jeszcze piękniejszym i jeszcze bardziej idealnym. Do tego leży w Dolinie Środkowej Odry i na skraju Doliny Baryczy, na obszarze chronionym Natura 2000, gdzie spotkać można orła bielika, bociana czarnego, czajkę, dudka, błotniaka stawowego i całą kolekcję różnych dzięciołów. Do tego liczne płazy, gady i rozmaite rośliny –raj na Ziemi.

Pozostało nam tylko sprowadzić do tego raju inżyniera budowlanego, który wyciągnie wszystkie trupy z szafy i powie co naprawić.
Pan Krzysztof zerknął na zdjęcia i od razu wydał wyrok: „to się nie opłaca. Zburzyć, zrównać z ziemią i postawić na nowo”. I moje ulubione: „to studnia bez dna”. Ale przyjechał na miejsce i odkopał wszystkie trupy: brak solidnych fundamentów, dom stoi na kamieniach, niezbędna będzie hydroizolacja, ściany popękały, krokwie dachowe częściowo wymagają wymiany. Wszystko stare. „Zrównać to z ziemią! U mnie w wiosce pod Wrocławiem kupicie za te pieniądze działkę i kiedyś wybudujecie nowy dom.”
To oczywiście nie wchodziło w grę, bo nie po to ustawiłam tyle filtrów na olx, żeby teraz kupować działkę w środku wsi pod Wrocławiem i budować nowy dom, który na napisanie swojej historii będzie potrzebował 100 lat. A ja nie chcę czekać…
Trupy – jak to trupy – nie nastrajają pozytywnie
Wiedzieliśmy, że to stary dom i się ich spodziewaliśmy, ale nie chcieliśmy do siebie dopuszczać. Wracaliśmy do Wrocławia w ciszy, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Z jednej strony zdrowy rozsądek kazał uciekać, z drugiej coś wciąż nas tam ciągnęło i nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że ten dom nie będzie nasz. Albo co gorsza, że nikt go nie kupi i z czasem zamieni się w ruinę, jak kilka innych w tamtej wsi.

Daliśmy sobie kilka dni na przemyślenia i złapanie dystansu
Adam był gotów odpuścić. Rzucił mimochodem, że to była fajna przygoda i szkoda, że się skończyła. Za to ja przez kolejne dni włączyłam mój zmysł analityczny i zaczęłam kalkulować. Ile warta jest tam ziemia, ile trzeba włożyć w remont, czy można to racjonalnie uzasadnić, czy chcemy, czy damy radę, jak to zrobić, kiedy, kim…
…i wszystko znowu zaczęło nabierać kolorów
Finansowo – damy radę. Chcemy dać radę. Pokochaliśmy ten dom bez reszty. Już wiemy, że nowego budować nie chcemy, a inne stare będziemy do niego porównywać. Przecież od początku wiedzieliśmy, że jest stary i że wymaga remontu. Przegadaliśmy długie godziny, poukładaliśmy trupy według stanu rozkładu, podzieliliśmy się wnioskami z rodzicami i decyzja zapadła.
To jest nasze miejsce na Ziemi i kropka

I mogą nam mówić, że to studnia bez dna, że nowe lepsze, że nie wiemy, w co się pakujemy. Ale my odpowiadamy, że dziękujemy za ostrzeżenia, ale i tak nas nie powstrzymacie. Bierzemy się do pracy. I to wcale nie niezobowiązująco!
Gratuluję decyzji,trochę zazdroszczę …. ja mam upatrzony domek w Kazimierzowicach Dwa lata o nim myślę,może kiedyś będzie mój?
Udało się spełnić marzenia? :))