Zamknij na chwilę oczy i wyobraź sobie małą wieś w środku niczego. Stare, piękne domy, dookoła lasy, łąki, rzeki i rozlewiska. Rano budzi cię kogut, do śniadania pijesz aromatyczną kawę na ganku i delektujesz się zapachem świeżego powietrza, które przywodzi wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. Zamykasz oczy i czujesz jak promyki porannego słońca budzą każdy centymetr twojego ciała. Zaczynasz dzień.

Raz odwiedzi cię jeż, innym razem kot sąsiada wpadnie na plotki. W międzyczasie stodoła poprosi o wysprzątanie, a trawnik subtelnie i bez nacisków upomni się o skoszenie.

Bo przecież można tak spokojnie i bez nacisków poprosić. Tak bez narzucania tempa. Bez wyrzutów. Bez planowania dnia, godziny, minuty, kto, jak, czym. Można bez przeświadczenia, że muszę i to szybko. W końcu jesteś w idealnym miejscu Gdzie Nic Nie Trzeba. A robota wiadomo, nie zając. A nawet jeśli ucieknie, to znajdzie się inna, bo tu zawsze jest coś do zrobienia.

I w tym momencie należałoby powiedzieć: „a teraz powoli policz do trzech: raz… dwa… trzy… i obudź się! Znowu zastała cię szara rzeczywistość”. …Ale nie, nie tym razem. Co najwyżej mogę powiedzieć: szkoda, że cię tu niema, żeby tego doświadczać.
To nie sen, tutaj tak wygląda rzeczywistość
I chociaż czasem ciężko mi uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, bo sprawy potoczyły się tak szybko, wciąż cieszę się każdą spędzoną tu chwilą. Łykam garściami powietrze, które na wsi pachnie zupełnie inaczej. Chodzę na długie spacery i wpatruję się w równiny po horyzont.

Wracając, kłócę się z wróblami, które chcą przejąć mój ganek. Oczywiście rozumiem, że były tu pierwsze, ale tłumaczę im, że muszą wybrać inne miejsce, że jestem większa, dość stanowcza i uparta. Po co więc wchodzić sobie w drogę i utrudniać życie? W zamian za opuszczenie ganku obiecałam postawić za domem karmnik pełen ziaren. Myślę, że uda nam się dogadać.

Musi się udać, bo z sąsiadami trzeba żyć w zgodzie
A propos sąsiadów, to wracając do naszej fantazji z początku: wyobraź sobie, że nadchodzi wieczór, ty krzątasz się po podwórku popijając herbatkę i myśląc już o kolacji. Nagle dzwoni sąsiad poznany dwie godziny wcześniej i pyta, czy przypadkiem nie brakuje ci węgla albo drewna, żeby napalić w piecu, bo wieczór może być chłodny. A następnego dnia, zaprasza na kawę i domowe ciasto. Rano wpada sąsiadka z torbą przepysznych, świeżo zerwanych ogórków, a kolejnego dnia podrzuca fasolkę, już obraną i umytą, śmiejąc się, że właśnie taka rośnie w jej idealnym ogródku.
Sąsiad trzy domy dalej mówi, że ma traktor i jak coś będzie potrzeba, to żeby dzwonić. A kolejny, z domu po drugiej stronie drogi, przyciąga 56-letnim ciągnikiem jeszcze starszą trajzegę do pocięcia drewna na zimę i nie chce nic w zamian. Któregoś popołudnia z drugiego końca wioski z żoną przyjeżdża brat poprzedniej właścicielki, który wychował się w tym już twoim domu. Wpadają na kawę, przywożąc nalewkę własnej roboty i jajka od szczęśliwych kurek. Takich serio szczęśliwych, co to biegają po podwórku i całymi dniami grzebią w ziemi.

I w tym momencie znowu należałoby powiedzieć: „powoli policz do trzech: raz… dwa… trzy… i obudź się!”. Ale nie, znowu nie tym razem. Co najwyżej mogę powiedzieć: żałuj, że cię tu nie ma.
Wymarzone miejsce tworzą również ludzie
Okolica jest piękna, ale sama w sobie nie dałaby nam tyle radości. Tak jak we Wrocławiu, znowu mamy szczęście do sąsiadów. I choć trudno w to uwierzyć, tutaj naprawdę otaczają nas tacy ludzie: życzliwi, gościnni, wyjątkowi. A to wszystko naprawdę nam się przytrafiło i to w zaledwie kilka dni od chwili, gdy kupiliśmy ten dom! No, poza fasolką, która jednak nie rosła umyta i obrana. Ale i tak była idealna – taka maślanie rozpływająca się w ustach. No i ogródek sąsiadki też jest idealny: grządki równe, bez chwastów, każde warzywo ma swoje miejsce i nie śmie wychylać się z szeregu. Też będę kiedyś taki miała.
A do tego czasu pozostaje mi wpatrywać się z Zuzą w idealny widok za oknem i cieszyć towarzystwem wymarzonych sąsiadów. Takich, którzy trafiają się równie często, co wygrana w lotto.
