Papierologia już za nami, klucze odebrane, czas się porządzić na swoich włościach. Jeszcze tylko szybkie przeszkolenie z obsługi bojlera, starego pieca w kuchni (działa, a jak!) i pieca węglowego, który ma grzać wodę i dawać ciepło w całym domu. Taki niby banał, ale dla wygodnego mieszczucha, co nie musi na co dzień się martwić o takie sprawy, to wcale nie takie oczywiste. Co zrobić, żeby nie zadymić, nie zapchać, nie zagotować wody w rurach. Chyba ogarniemy – szkolenie zaliczone, poprzedni właściciele pożegnani, zaczynamy buszowanie. Na swoim!

W poszukiwaniu skarbów

Adam zaszył się w swoim garażu i przepadł. Ja wzięłam się za rozpakowywanie i szorowanie mebli w kuchni i pokojach (tu cenne znalezisko – filiżanki do mojej kolekcji),

a Kaśka zaczęła penetrować dom i strych w poszukiwaniu wszystkiego co chciałoby być znalezione,

a potem rozłożyła się ze swoimi manatkami. Oczywiście, zajęła główną szafę w salonie – największą, przeszkloną. Bo potrzebuje.

Dziecko wsi

Rysiek w tym czasie buszował po podwórku. Najpierw pogubił buty i skarpetki, potem po kolei ubrania. Ostatecznie wylądował w starej, dużej, emaliowanej, lekko zardzewiałej misce, którą napełnił wodą ze studni. Spokojnie, skorzystał z pompy, było w miarę bezpiecznie i przy okazji zalał tylko pół podwórka. W misce zmieścił się cały i był z siebie mega zadowolony.

Widok był cudowny, nie do opisania – taki brudny i mega szczęśliwy dzieciak. Zupełnie jakby mieszkał tu od zawsze, wychował się na tej wsi i te klimaty były dla niego codziennością.

Mięciutkie szczęście

Dzieci zdążyły już pobiec do sąsiadów i miały szczęście, bo rano wykluły się kaczuszki. Pierwszy raz miały takie stworzenia na rękach. Przeżycie dla nich – niesamowite! Co tam dla nich, dla mnie też. Uświadomiłam sobie, że nie trzymałam takiej mięciutkiej, żółciutkiej, puszystej kaczuszki już ze 30 lat. 30 lat… to nie brzmi najlepiej.

Po południu dzieciaki przywitały się z jeżem, który zamieszkiwał nasz garaż. Twierdzą, że ma na imię Kleofas, ale nie miałam okazji zapytać, bo szybko opuścił nasze podwórko.

Cieszę się, że nasze dzieci skosztują takiego dzieciństwa. I na pewno prędko im się nie znudzi. Tu się tyle dzieje!

Kolekcjonerzy

A wracając do porządków i buszowania: mamy kolekcję jednośladów w różnym stopniu rozkładu:

Do tego kolekcję pająków…

…w dziwnym stanie skupienia.

W przerwach między buszowaniem w kolejnych pokojach relaksujemy się przy kawie…

…i bardzo nam tu dobrze!

Tylko jakoś tak podejrzanie spokojnie. Zbyt spokojnie. Ciągle wyczekujemy „burzy”, że coś się wydarzy. Coś musi się wydarzyć, bo zawsze się dużo dzieje. We Wrocławiu ciągle gdzieś biegniemy, coś gonimy, coś załatwiamy, hałas, rwetes, lista „to do” ciągle się wydłuża, tak jak rośnie sterta książek, które mamy w planach przeczytać, a na które wiecznie nie ma czasu…

A tu? Cisza. Spokój. Nie ma dokąd i po co biec. Nie trzeba nic gonić. Za oknem słychać tylko żaby i ptaki. Nic się nie dzieje. Jest spokojnie i błogo. NO WŁAŚNIE, ZA SPOKOJNIE! ZA BŁOGO! Nie, jest w sam raz. Nic nie trzeba. TRZEBA! NA PEWNO ZARAZ COŚ TRZEBA! Nie, nic się nie dzieje. Nic nie goni. Trzeba się tylko przyzwyczaić do tego, że naprawdę nic nie trzeba. Da się żyć powoli. I tego właśnie się zaczynamy tutaj uczyć.

A tymczasem ściemnia się.

Zaraz pooglądamy jeszcze gwieździste niebo i wtopimy głowy w poduszki. To nasza pierwsza noc na wsi, gdzie absolutnie nic nie trzeba.

1 thought on “Pierwsza noc w miejscu Gdzie Nic Nie Trzeba

  1. Blog czyta się z przyjemnością, pełna pasji do Waszego ślicznego, niepowtarzalnego kawałka na ziemi 🙂 już nie mogę doczekać się kolejnych wpisów i miejsc, rzeczy, które tam jeszcze odkryliście. Więc publikujcie 🙂 pozdrawiamy całą czwórkę 🙂

Skomentuj Gosia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *