Stało się: jesteśmy właścicielami tego cuda na skraju Baryczy. Akt notarialny podpisany, konto wyczyszczone, pierwsza noc za nami. Zabraliśmy się do pracy.
Kto nas zna, ten wie, że u nas, a szczególnie u mnie, w kwestii nieruchomości priorytety są co najmniej oryginalne. Gdy kupowaliśmy pierwsze mieszkanie, ja przede wszystkim sprawdzałem ceny miejsc postojowych w garażu podziemnym. Przy ostatnim pierwsze o co pytałem, to które miejsca w garażu są jeszcze wolne.

Tu nie było inaczej
Gdy Małgosia rozglądała się po domu, ja upatrzyłem sobie stodołę, a przede wszystkim wbudowany w nią garaż. Początkowo nie wyglądał obiecująco:

Przez lata zwożono tam różne przydasie po kolejnych remontach. Stoły, szafki, drzwi, wykładziny, dywany, worki pełne ubrań, a nawet lodówka – przecież na wsi wszystko się przyda. W efekcie garaż, w którym zmieściłyby się ze 4 maluchy, zamienił się w magazyn. Albo raczej rupieciarnię.
Do tego oczywiście nie brakowało tam rzeczy, których obecność w garażu jest zupełnie naturalna – stare narzędzia, klucze, części samochodowe itp. Większość zużyta i przerdzewiała, ale przecież przyda się.
Po dobrym pół dnia roboty i usypaniu góry rupieci za stodołą, miałem powody do radości

Wnętrze zaczęło nabierać kształtów. Wyrzuciłem wszystko co zbędne, zostawiłem tylko kilka rzeczy, które mogą się przydać (oho, pewnie tak zaczęła się poprzednia kolekcja). Te drzwi tam na końcu robią za uszczelnienie starych wrót do garażu. Znikną z czasem. Zostały trzy fotele, jakieś ławo-stoły, które docelowo mają trafić do warsztatu Małgosi. Jest też kilka ozdobników jak stara skrzynka na narzędzia, kanistry na paliwo, a nawet np. ten niezwykle urodziwy kołowrotek.

Żona pomogła mi wysprzątać to miejsce na błysk i w efekcie powstał bardzo klimatyczny kawałek przestrzeni, w którym z przyjemnością zaparkowałem auto.

To oczywiście nie koniec prac w tej części posiadłości. Zanim zajmę się główną partią stodoły, muszę jeszcze pokonać piwniczkę ukrytą za tymi odrapanymi drzwiami (Małgo mówi, że są najpiękniejsze na świecie) i ogarnąć antresolę, do której prowadzą zmęczone życiem schody.

Następnie w planach mam jeszcze domowy strych. Co tam się dzieje! Widząc pokrywę silnika od Fiata 126p, czy niezidentyfikowane siedzisko kanapy z innego klasyka, tamten fragment gospodarstwa zostawię sobie na deser.

A tymczasem zamykam wrota. Mogę wreszcie spokojnie iść spać wiedząc, że mojemu samochodowi niestraszna nawet największa ulewa z gradobiciem.

1 thought on “Priorytety bywaja rózne”